Dla mediów

Kleszcze – terminatorzy ludzkości?

Kleszcze – terminatorzy ludzkości?

Są tak małe, że niekiedy trudno je dostrzec. Nie mają żadnych naturalnych wrogów. Mogą pół roku nie jeść, czekając na ofiarę. Potrafią się dobrze regenerować i błyskawicznie dostosowują się do zmian w środowisku. W dodatku mnożą się na potęgę. Najgorsze jednak, że spotkanie z nimi może być śmiertelnie niebezpieczne i to zarówno dla ludzi, jak i dla zwierząt. Kleszcze, bo o nich mowa, są od co najmniej kilku lat postrachem lasów, łąk, parków, a nawet przydomowych ogródków. Na świecie jest ich około 800 gatunków, z czego 21 oznaczono na terenie Polski. Badania naukowe dotyczące tych groźnych pajęczaków prowadzą naukowcy z Samodzielnego Zakładu Entomologii Stosowanej Wydziału Ogrodnictwa, Biotechnologii i Architektury Krajobrazu SGGW.

Rola kleszczy w przyrodzie

Na całym świecie nie ma zwierzęcia, które nie miałoby swojej ważnej funkcji w ekosystemie. Także kleszcze mają swoje zadanie do wykonania. Jakie? Mają wpływ na ograniczanie populacji kręgowców, w tym ludzi. Chociaż samo ukąszenie kleszcza nie jest szkodliwe, poważnym problemem są choroby, które te pajęczaki roznoszą przy okazji: przenoszą bowiem pierwotniaki, bakterie i wirusy z jednych gatunków zwierząt na drugie. To, co dla jednych kręgowców nie jest niebezpieczne, zabija inne. Postrach wśród ludzi budzą borelioza i odkleszczowe zapalenie mózgu. Dla psów groźna jest babeszjoza.

Zadziwiające organizmy

Samica kleszcza składa rocznie 2-5 tys. jaj. Dzięki tak dużej płodności u tych pajęczaków następuje duża zmienność genetyczna sprzyjająca ich szybkiemu przystosowywaniu się do zmian w środowisku. Cykl życiowy trwa w zależności od ilości dostępnego pokarmu, warunków atmosferycznych i kondycji samicy od roku do trzech lat. Wszystkie formy rozwojowe tego pajęczaka (od larwy, przez nimfę po postać dorosłą) żywią się krwią kręgowców. Są niezwykle wytrzymałe - na swoją ofiarę mogą czekać nawet pół roku. Z badań przeprowadzonych w SGGW wynika, że mają one także niezwykłe właściwości regeneracyjne - potrafią odtwarzać uszkodzoną idiosomę (odpowiednik owadziego odwłoka), żyją i żerują nawet z częściowo uszkodzonym aparatem gębowym.

Ponadto kleszcze nie mają żadnych naturalnych wrogów. Nie znamy żadnego pasożyta, który ograniczałby ich populację. Nie stanowią one pokarmu dla innych organizmów. Jedyną przeszkodą w ich rozwoju są mroźne zimy (których w naszym zmieniającym się klimacie coraz mniej) i długotrwałe susze. Wszystko to sprawia, że kleszczy jest coraz więcej i coraz częściej znajdujemy je w naszym bezpośrednim otoczeniu.

Niezwykli łowcy

Niewielkie, zaledwie kilkumilimetrowe pajęczaki potrafią zapolować na dużego zwierza. Jak im się to udaje? Mają niezwykle skuteczny sposób zdobywania żywicieli. Kleszcze bytują na roślinach na wysokości do około 1,5 m. Im wcześniejsze stadium rozwojowe, tym niżej bytuje. Swoje ofiary wypatrują przy pomocy narządu Hallera umiejscowionego na pierwszej parze odnóży. Dzięki zawartym w nim chemoreceptorom kleszcz rozpoznaje po temperaturze i zapachu, kiedy zbliża się do niego jakiś ciepły kręgowiec. Gdy już go sobie znajdzie, wówczas – gdy zwierzę lub człowiek ociera się o miejsce bytowania pajęczaka – szybko przechodzi na organizm swojego nowego żywiciela. Na szczęście nie jest prawdą, że kleszcze spadają z drzew. Nie mają one także skocznych odnóży. Żeby kleszcz mógł zaatakować, ofiara musi podejść naprawdę blisko.

Natura wyposażyła je także w bardzo dobrze zorganizowany aparat gębowy. Posiada on ząbki przypominające piłę tarczową, dzięki którym bardzo skutecznie wpija się w organizm żywiciela. To właśnie dlatego niekiedy tak trudno się go pozbyć. Atakując, za wszelką cenę stara się pozostać niezauważany. Wkłuwając się w ofiarę, wpuszcza antykoagulant, który rozrzedza krew (łatwiej ją kleszczowi pić) oraz substancję znieczulającą, by uśpić czujność układu odpornościowego żywiciela. W ten sposób zaatakowane zwierzę nie czuje, że coś na nim żeruje.

Pokonać wroga

Kleszczy w naszym otoczeniu jest coraz więcej. Co gorsza, coraz częściej są one nosicielami boreliozy. Szacuje się, że na terenie Mazowsza zakażonych tą bakterią jest już 30-40% pajęczaków. Z badań prowadzonych przez naukowców z SGGW wynika, że najwięcej kleszczy z boreliozą w Warszawie jest w Lesie Kabackim i Lesie Bielańskim. W tej sytuacji coraz większego znaczenia nabiera poszukiwanie skutecznych metod ochrony.

Obecnie na pomoc ze strony natury możemy liczyć tylko podczas suszy. Kleszcze takiej pogody zdecydowanie nie lubią. Najlepiej czują się, gdy wilgotność powietrza wynosi 60-85%. Pomóc może przykładanie większej walki do zwalczania gryzoni, które są wektorem pośrednim między kleszczem a człowiekiem – na małych gryzoniach żerują głównie larwy i nimfy. Nie rozwiąże to jednak problemu w zupełności. Dostarczycielami kleszczy w pobliże ludzkich siedzib są też inne dzikie zwierzęta, które coraz częściej pojawiają się w miastach – kuny domowe, lisy, łosie, sarny i gołębie. Także domowe psy i koty przyczyniają się do rozprzestrzeniania tych groźnych pajęczaków. Wystarczy, że zwierzę zgubi w przydomowym ogródku opitą samicę kleszcza, a już po kilku dniach możemy mieć w pobliżu kilka tysięcy jaj, z których w przyszłości rozwiną się młode, głodne osobniki.

„Wyłączne sadzenie w ogrodach roślin, za którymi kleszcze "nie przepadają" nie daje 100% efektu. Poza tym rośliny takie jak wrotycz czy lawenda nie odstraszą wygłodniałego pasożyta.  Same zaś olejki eteryczne aplikowane na skórę stanowią tylko chwilową ochronę, gdyż szybko się ulatniają. Z moich wstępnych obserwacji wynika, że olejek waniliowy wręcz je wabi. Kleszcze nie reagują na ultradźwięki, a pytania na ten temat słyszę bardzo często - przecież to nie karaczany. Najskuteczniejszą metodą ochrony przed kleszczami są preparaty chemiczne zawierające duże stężenie substancji czynnej DEET. Chociaż budzi ona wiele kontrowersji, jest to obecnie jedyny skuteczny środek zaradczy. Właśnie dzięki tego typu preparatom stajemy się "niewidoczni" dla krwiopijców. Możemy też liczyć na nadejście długiej i mroźnej zimy, która na pewno pomogłaby ograniczyć populację kleszczy. Tylko, że nie wiadomo, kiedy znów przyjdzie do nas prawdziwie zimowa aura z długotrwałym, siarczystym mrozem” – mówi mgr inż. Ewa Sady z Samodzielnego Zakładu Entomologii Stosowanej Wydziału Ogrodnictwa, Biotechnologii i Architektury Krajobrazu SGGW.

Upolowani

Co w sytuacji, gdy kleszcz "dopadnie" nas lub naszego domowego zwierzaka? Wówczas ważne jest, by jak najszybciej się go pozbyć . „Jeśli zauważymy i usuniemy intruza do 12h od wpicia, ryzyko zakażenia przenoszonymi przez niego chorobami jest stosunkowo niewielkie. Trzeba pamiętać, by przy pozbywaniu się kleszcza nie uszkodzić jego idiosomy i nie sprowokować go do wymiotów. Ograniczamy w ten sposób ryzyko dostania się do naszego organizmu chorobotwórczych drobnoustrojów. Wyciągniętego kleszcza warto oddać do badania laboratoryjnego i sprawdzić, czy był zakażony. Można też zrobić testy na obecność krętek Borrelia burgdorferi z krwi. Obecnie specyficzne objawy wywołane przez boreliozę czy babeszjozę nie są charakterystycznym wyznacznikiem zachorowania. Tylko połowa zakażeń boreliozą skutkuje pojawieniem się rumienia wędrującego, a babeszjoza u zwierząt domowych coraz rzadziej wywołuje u nich specyficzną zmianę zabarwienia moczu. Po spotkaniu z kleszczem wskazana jest wzmożona czujność i obserwacja reakcji organizmu. Każdy objaw może być istotny, nawet ten podobny do przeziębienia czy grypy” – mówi Ewa Sady.

Redakcja: Anna Ziółkowska

Konsultacja merytoryczna: mgr inż. Ewa Sady, Samodzielny Zakład Entomologii Stosowanej Wydziału Ogrodnictwa, Biotechnologii i Architektury Krajobrazu SGGW

drukuj